piątek, 21 sierpnia 2015

Czy jakiegoś bubla da się lubić?- o zakupowych porażkach i rozczarowaniach słów kilka! :)


Kochani moi!

Czas najwyższy wśród dotychczasowych „achów i ochów” wspomnieć o ciemnych stronach kosmetyków i rozczarowaniach drogeryjnych, które nierzadko kosztują nas nie tylko przez stracone pieniądze, ale często gęsto podrażniają skórę, powodują niespodzianki na twarzy, bądź- ładnie mówiąc- nie spełniają ani naszych oczekiwań, ani obietnic producenta. Ogólnie, jako konsument i klient staram się unikać kupowania rzeczy, które rozmijają się z moimi potrzebami lub mają kiepskie opinie w Internecie lub w mniemaniu znajomych.  Niemniej jednak, nawet najlepszym zdarzają się czasem wpadki! Ha ha! :)
 
Ogólnie część kosmetyków należy do tzw. kolorówki, a część z nich do pielęgnacji. Nie ma się co dziwić- nie zawsze to, co u kogoś daje rewelacyjne efekty, u kogoś innego też „robi robotę”. Dlatego najważniejsze jest czytanie etykiet i dopasowanie kosmetyków do swoich potrzeb. To już pół sukcesu. ;)
Czas na buble! :P Ps. Nie lubię tego słowa i rzadko go używam, ale w jednym wypadku jest ono pozytywnie nacechowane. Jest bowiem taki Bubel (celowo przez duże "B") który mi odpowiada i którego aksamitna barwa głosu to dla mnie miód na serducho. Oto Michael Buble! :D Tym, którzy znają nie muszę go przedstawiać, a kto nie zna, umieszczam link do jednej z moich ulubionych piosenek <3: https://www.youtube.com/watch?v=LAjfB0XfjkA
Mmm… zrobiło się nastrojowo, a nóżka pod biurkiem chodzi :P! No ale przejdźmy już do moich prawdziwych kosmetycznych rozczarowań ostatniego półrocza.

Nr 1) Korektor do lakieru do paznokci bezacetonowy- Ewa Schmitt

Ech… Nie dość, że nie kosztuje mało- około 16 zł, to jeszcze wysycha na wiór w ekspresowym tempie, a trzy zamienne główki (jedna gdzieś uciekła ze zdjęcia) zabarwione mocniejszym kolorem nie nadają się do ponownego użycia. Użyłam go 4 razy i powiem Wam, że ani to nie było łatwe, ani przyjemne, nie mówiąc o starciu z mocną czerwienią- koszmar! Rozniósł lakier na całe skórki dookoła… To już zupełnie niedopuszczalne! Wolę zdecydowanie łatwiejsze rozwiązanie- zwykły, kosmetyczny patyczek zanurzony w zmywaczu do paznokci! Prościej, taniej, bezstresowo!


Ocena: 0/5. Nic mi się w nim nie podoba, niestety.

Nr 2) Żel do usuwania skórek- Cztery Pory Roku


Hmmm… Też o ile pamiętam kosztuje kilkanaście złotych i w sumie był zakupem pod wpływem impulsu, gdyż trochę się spieszyłam. Ja mam dość suche i sztywne skórki przy paznokciach, które muszę zmiękczać oliwkami by je bezboleśnie odsuwać i obcinać, stąd też pomyślałam, że zaryzykuję i może będzie to produkt dla mnie zbawienny. Nic z tych rzeczy. Żel pachnie dla mnie trochę jaki silikon? (bleh…) i nie działa! Nie pomógł mi ani zmiękczyć skórek, ani ich łatwiej usunąć. Nie! Nie! Nie! Trzy razy nie.


Ocena: 0/5. Podobnie jak korektor do lakieru- nic mnie w nim nie urzekło, no może poza miękkim pędzelkiem, który daje miłe uczucie przy nakładaniu. Ale to żaden plus na tle minusów. Odradzam!

Nr 3) Lovely- Extra Lasting- Matt & Lasting- nr 1

Jestem osobą, która kocha uczucie matowej pomadki na ustach. Niezaprzeczalnie- w porównaniu do satyn, błyszczyków, balsamów itp., matowe wykończenie jest dla mnie opcją poszukiwaną i chętnie stosowaną w makijażu. Stąd też pojawiło się moje zainteresowanie pomadką z Lovely. Nie mogłam ominąć jej, gdyż zapewniała ukochany mat i zachęcała ceną bliską 9 zł. Więc tak też się stało, że zagościła w moim białym koszyczku. Gdy zatem nastał czas, aby użyć jej pierwszy raz, byłam podekscytowana. I o ile efekt był (i jest nadal) piękny i trwały, to niestety jej noszenie i zmywanie mnie rozczarowało… Pomadka wygląda niesamowicie, koleżanka z uczelni pobiegła po nią od razu, gdy powiedziałam jej co dzisiaj noszę na ustach, ma niesamowity odcień przygaszonego różu i ma świetną trwałość. Niestety- koszmarnie zbiera się w załamaniach warg i wchodzi na wewnętrzną stronę, może przemieszczać się na zęby, schodzi brzydko- rolując się i wygląda, jakby się zważyła, a zmywanie trwa dłuuugą chwilę przy użyciu mocnego kosmetyku do demakijażu i pozostawia nasze usta podrażnione i zaczerwienione na jakiś czas. Ponadto ma dziwny smak, bardzo sztuczny, a zapachem przypomina mi farbę… Tego jej nie mogę darować, dlatego też odeszła w kąt i nie używam jej, a szkoda- bo kolor jest obłędny!


Ocena: 2/5- dwa plusy za matowość i trwałość, cenę oraz za piękny kolor! Minusy za ważenie się, brudzenie zębów, zapach, mega ciężkie zmywanie i podrażnianie warg.

Nr 4) Vaseline Lip Balm- Chocolate- Laura Conti

Hmmm… Bez bicia przyznaje się od razu- zapach czekolady jest dla mnie zapachem szczęścia i błogości. Pierwsza randka z Mężem odbyła się w pijalni czekolady E.Wedel, co też przywołuje mi cudowne wspomnienia  <3. Ta słodycz nie tylko osładza nam życie, cieszy podniebienia , ale również znajduje zastosowanie np. w czekoladowych zabiegach na ciało czy też w kosmetykach. Jaka więc była moja radość, gdy na jednej z rossmannowskich półek zobaczyłam wazelinę do ust o smaku/zapachu czekolady. Pomyślałam- och, to będzie rozkosz używania! Zapłaciłam za nią około 8 zł i przybiegłam do domu, aby ją przetestować. Nasmarowałam ustka i pobiegłam do Męża, aby zapytać go o zdanie. Pierwsze, co powiedział i o czym ja pomyślałam przy aplikacji- strasznie nienaturalny, chemiczny zapach czekoladopodobny. Pachnie jak tabliczka czekolady za 1,90 zł, bądź czekoladowy Mikołaj (taki pusty w środku :P), które często sprzedawcy byle tańszym kosztem upychają do paczek słodyczy dla dzieci w ramach Mikołajek. Konsystencja jest fajna, niezbyt lejąca, ani nie tępa- taka w sam raz. Nawilżanie- trwa najbliższe 15 minut od aplikacji! Mam wrażenie, że wazelina nie wpływa w żadnym stopniu na polepszenie stanu naszych ust. Po drugie- tłusta konsystencja jest problematyczna w sytuacji pocałunków, więc wazelinę warto używać, gdy nie planujemy okazywać komuś miłości w danej chwili. :D


Ocena: 1/5- plus za przyjemne nakładanie, reszta, czyli właściwości, zapach, brak nawilżania i wpływania na poprawę kondycji ust zdecydowanie na minusie.

Nr 5) L’Biotica- Biovax- Intensywnie regenerujący szampon- Naturalne oleje- Argan, Makadamia, Kokos

Większość kobiet, a zwłaszcza tzw. włosomaniaczki wiedzą, że substancje typu SLS, SLES, parabeny, pochodne ropy naftowej to często widoczne w składach kosmetyków producenckie grzeszki. Niestety, nie są odżywcze i dłużą często tylko temu, by dobrze oczyszczać. Stąd też nastała moda na zdrowe kosmetyki o prostych składach i naturalnych składnikach. Również ja zechciałam skorzystać z dobrodziejstw Biovax’u, gdyż byłam bardzo zadowolona z maski do włosów dla szatynek właśnie tej serii. Jakież było zdziwienie, gdy moje włosy nie pokochały tego szamponu! I to nie taniego szamponu. Na promocji zapłaciłam za niego 21,99 zł. Cena regularna- 29,99 zł w drogeriach Natura.

Po pierwsze- fakt, „zdrowość” szamponu nie zapewniła mi uczucia świeżych, umytych włosów. Chyba za bardzo przyzwyczaiłam się jednak do SLESów itp. Po drugie- niemiłosiernie włosy plątały się po umyciu, a rozczesanie ich graniczyło z cudem! Po trzecie- za taką cenę szampon albo powinien mieć trochę większą pojemność, albo być przynajmniej przyzwoity w wydajności. Niestety- 200 ml przy mojej długości włosów starczyłoby na jakieś 10-15 myć, czyli pół miesiąca. Ogólnie- słabo!


Ocena: 1/5- dobry skład na plus, minusy za cenę, wydajność, pojemność, plątanie włosów, niedomywanie sebum.

Nr 6) Maybelline- Lash Sensational mascara

O rety! Ile było szału na promocjach rossmannowych w kwietniu (chyba? :P) na tą maskarę. Ile ochów i achów się wznosiło! Pomyślałam- mam manię na punkcie tuszy do rzęs, uwielbiam ja, więc spróbuję! Cena "przez pół" mnie przyciągnęła, co nie uderzyło mnie po kieszeni aż tak diametralnie. Jako, że lubię mascary Maybelline, zwłaszcza obecny tu już żółty Colossal Volume, sięgnęłam po niego z wielkim entuzjazmem i nadzieją na dłuższe użytkowanie. Ech, przeliczyłam się…

Pod względem trwałości jest średniakiem- daje radę, ale czasami coś się osypuje, bądź znika z rzęs i z biegiem dnia wpływa na utratę przez nie efektu podkręcenia. Czerń jest piękna i głęboka, szczoteczka faktycznie unosi i rozdziela rzęsy, ale… to nie efekt wachlarza rzęs ani hipnotyzującego spojrzenia. Wiem, o czym mówię i nie potrzeba do tego kupna kępek i doczepiania pasków. Taki efekt jest możliwy aby go uzyskać na sobie mascarą np. z Eveline lub Pierre Rene. Dlatego obietnice producenta uważam za mocno przesadzone względem efektu finalnego. Poza tym, szczoteczka fajnie rozczesuje ale dopiero, jak nauczymy się nią władać, gdyż ma bardzo wyszukaną formę. No i ostatnia rzecz- ilość produktu. Niestety, szczoteczka nabiera dużo tuszu i trzeba wcześniej koniecznie zdjąć nadmiar. Jak za cenę 17 zł na promocji- słaby, są tusze o niebo lepsze za 10-15 zł, za cenę regularną 33 zł to już w ogóle szkoda na niego kasy.


Ocena: 1/5- plusy za piękną czerń i rozdzielenie, minusy za szczoteczkę, którą trzeba najpierw opanować, nabieranie dużej ilości tuszu, brak obiecanego efektu WOW, zbyt wysoką cenę i stopniowe oklapywanie rzęs w ciągu dnia. Jak dla mnie- nie spisał się.

Nr 7) Miss Sporty- kredka do oczu


Przetestowałam wiele kredek z tej firmy- temperowanych, wykręcanych, konturówek do ust. Jedno mogę stwierdzić- podoba mi się cena. Do 10 zł za kredkę to kwota jak najbardziej znośna dla klienta. I to tyle na plus. Minusy- kredki są zdecydowanie za twarde. Namalowanie kreski na powiece wzdłuż linii rzęs wymaga kilkudziesięciu (!!!) pociągnięć, a i wtedy potrafią pojawiać się wnerwiające prześwity. Trwałość- baaardzo słaba, kredki utrzymują się kilka godzin i nieestetycznie schodzą, robiąc dziury w makijażu.  Pigmentacja jest różna- ale dla najlepszego porównania odniosę się do czerni, gdyż wiele z nas ją ma w kosmetyczce. Ja od czerni oczekuję głębi koloru oraz krycia w pełni. Ta z Miss Sporty to czerń o niepełnym kryciu, która po roztarciu dla mnie wygląda "ołówkowo". Wydajność- mała, kredki trzeba często temperować i szybko się skracają. Ogólnie- jestem na nie, znam dużo lepsze kredki w tej samej cenie.


Ocena: 1/5- cena i duży wybór kolorów jest spoko, reszta czyli nakładanie, twardość, pigmentacja i wydajność są mierne. Nie kupię ponownie.

Ufff! Trochę się tego nazbierało. Nie powiem, sama jestem w szoku, że aż tyle tego mam. Jednakże człowiek uczy się na błędach- ja po te rzeczy już nie sięgnę w przyszłości, więc tutaj pojęcie drugiej szansy nie ma racji bytu. Polecam Wam, aby bardziej zasięgać porad znajomych lub opinii ludzi w Internecie, łatwiej wtedy uniknąć zakupowych porażek. :)

Ps. Wybaczcie mi jakość kilku zdjęć- robione były kalkulatorem ha ha! Oczywiście żartuję, zdjęcia były wykonane na szybko i w złym świetle, ale mam nadzieję, że to nie przeszkadza Wam w odbiorze. Pozdrawiam Was kochani na końcówkę wakacji. Ja już czuję w powietrzu zapach jesieni… Do następnego! :)

Wasza Brownie ;)

sobota, 8 sierpnia 2015

Co to znaczy "weź mnie olej?" :) Post o wiosenno-letnich hitach ostatnich miesięcy! :)



Kochani!

Wiem, wiem… Nie było mnie tak długo. Mea culpa! Ale wiecie, dużo się działo, zakończenie studiów (jak to pięć lat szybko przeleciało! :O ), pisanie magisterki i wreszcie ciężka, ale jakże wytrwale pokonana obrona… Było tych obowiązków trochę! Później porządkowanie garderoby, którą systematycznie wymieniam na nową, załatwianie formalności, trochę odpoczynku i relaksu, by zacząć kolejny etap w swoim życiu. Nie piszę tego, aby się usprawiedliwiać, ale zapewniam, że myślałam o Was intensywnie i dlatego dzisiaj zamieszczam obszerną notkę. Kolejne pojawią się w najbliższym czasie. A co sobie i Wam będę żałować! :D

Przejdźmy zatem do dzisiejszej recenzji. Z racji tego, że mamy lato w pełni, żar leje się z nieba, a w lecie też trzeba dbać o swoje ciało, a także nadawać życiu kolorów postanowiłam, że pokażę Wam dziś produkty, po które szczególnie sięgam w okresie późnej wiosny i lata. Są to moje małe perełki, które właśnie w drugim i trzecim kwartale roku królują na salonach (przynajmniej moich)! :D Poznajcie ich!

Jako pierwszy mój absolutny hit ostatnich kilku miesięcy!

Olejek Magic Rose firmy Evree (30 ml)


(Ps. Ich produkty są świetne, niejednokrotnie się o tym przekonałam).
Jest to olejek różany w płynnej formie, zamknięty w szklanej buteleczce z pipetką (zawsze mnie śmieszy to słowo :P). Ma on charakterystyczny, różany zapach i dość lejącą konsystencję, która podobno ma gwarantować lepsze wchłanianie produktu. Producent na opakowaniu zapewnia nas, że olejek upiększy naszą skórę, zredukuje przebarwienia , uszczelni naczynia krwionośne, oraz ureguluje wydzielanie sebum i złagodzi stany zapalne.

Skład: Rosa Canina (Rosehip) Fruit Oil, Caprylic/Capric Triglyceride, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Oryza Sativa (Rice) Bran Oil, Tocopheryl Acetate, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, BHA, Benzyl Salicytate, Citronellol, Euqenol, Geraniol, Hudroxycitronellal, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Parfum (Fragrance), Linalool.

(źródło: Wizaż.pl)

Jako, że używam olejku wyłącznie na twarz, omówię jego działanie w tym zakresie.

Po 1) Formuła- jak dla mnie olejek ma bardzo fajną konsystencję. Stosowałam go na różne sposoby- solo na oczyszczoną skórę, pod krem oraz wymieszany z kremem nawilżającym. Dla mnie najlepszą opcją do jego stosowania jest wyjście nr 3. Olejek wtedy dużo lepiej się wchłania i wzbogaca działanie kremu.

Po 2) Wydajność- rewelacja! Wystarczy kilka kropel- 3 do 4 aby pokryć całą buzię. Starczył mi na ok. 3 miesiące codziennego stosowania.

Po 3) Opakowanie- jasno opisane, pipetka działa niezawodnie, produkt można zużyć do samego dna.

Po 4) Zapach- jak dla mnie przyjemny, nie przeszkadzał mi, nawet przyzwyczaiłam się do niego na tyle, że nie zwracam już na to uwagi.

Po 5) Cena- około 30 zł, na promocji blisko 20 zł. Jest to dość dużo, aczkolwiek to produkt, który naprawdę działa i pod względem wydajności co do ceny osiąga dobry wynik.

Po 6) Działanie- faktycznie, jest dobre! Moja zaróżowiona na policzkach cera wyraźnie zbladła, skóra jest przyjemna w dotyku, taka wypieszczona :D. Olejek sprawił, że skóra wygląda na odżywioną.

Po 7) Dostępność- bardzo dobra- widziałam go w Rossmannie, Naturze, Super Pharm, Hebe. Warto śledzić gazetki i kupić go w promocji!

Słowem- polecam! Ja już zakupiłam nowe opakowanie małego magika i coś czuję, że zaprzyjaźniliśmy się na dobre!

Kolejno pokażę Wam moją wybraną szóstkę ulubionych lakierów do paznokci sezonu wiosna-lato 2015! :D


1) Vipera- Gel Shine & Hold Effect- odcień 560. Elektryzujący, chabrowy odcień, cudownie wyglądający na paznokciach. Nosiłam go dwa razy pod rząd, a u mnie rzadko się zdarza taki wyczyn u lakierów do paznokci. Jeśli chodzi o formułę- nie jest zła, chociaż pełne pokrycie wymaga nałożenia dwóch warstw. Cena- coś około 5 zł. Gorąco polecam!

2) Sally Hansen- Hard As Nails Xtreme Wear- odcień 320 Fuchsia Power!
Wooow! Mega letni, mocny, prawie neonowy róż- to jest to! Piękny odcień mojego ukochanego paznokciowego różu, który cudnie podkreśla opaleniznę i upodabnia paznokietki do słodkich cukiereczków. Lakier jest poza tym mega kryjący- już jedna warstwa pięknie kryje! Cena poza promocją- około 20 zł. Aktualnie można go dorwać w Rossmannie za 11,90! Polecam! Jest rewelacyjny i wart każdej złotóweczki! PS. Efekt końcowy lakieru na moich stópkach wklejam poniżej! 


3) Golden Rose- WOW! Nail color, odcień 27- bardzo ładny odcień fioletu z nutką różu. Cudownie wygląda, nakłada się przyjemnie, a przy tym ma fajną cenę- około 3-4 zł. Jest maluszkiem, zdecydowanie mniejszym od pozostałych przyjaciół, ale przy tej cenie zakup kolejnego w szybszym odstępie czasowym to nie problem. ;-) Daje radę!

4) Miss Sporty- Lasting Colour- up to 10 days- odcień 544-  śliczna, letnia, nie za bardzo zielona, ani też nie przesadnie niebieska mięta! Na paznokciach prezentuje się świeżo, schludnie i sprawia, że wspomnienia o lecie wracają nawet, gdy za oknem pada śnieg! Jak dla mnie- synonim lata. Orzeźwia nasz letni look! Cena- około 6 zł, trwałość średnia, ale warto go mieć! Na jednym ze zdjęć poniżej widnieje na kilku moich paznokciach razem z ciemnym lakierem Golden Rose nr 126, który stanowi małą odskocznię od tych słodziaków. :P

5) Rimmel by Rita Ora- odcień Peachella 408- piękna, delikatna i świetnie podkreślające opalone dłonie brzoskwinka! Ten subtelny kolor, który wydaje się być niepozorny nadaje paznokciom dziewczęcego uroku. Prezentuje się naprawdę rewelacyjnie! Dobra alternatywa dla smutnego, bardziej jesiennego nude! Kosztuje około 10 zł, trwałość jest średnia, ale kolor jest urzekający!

6) Astor- Fash’n Studio- odcień Chicissime 204- elektryzująca, pomarańczowa czerwień (tak, tak- dosłownie o to mi chodziło :D), wyrazista i letnia, zawsze modna! To odcień dla odważnych, którzy lubią mocne kolory, ale niesamowicie wart odrobiny skupienia przy nakładaniu. Jest trwały, nie wysycha w buteleczce i nie gęstnieje, a nałożony schludnie nadaje niebywałej elegancji dłoniom. Hit! Kosztuje około 10 zł, a jakość jest rewelacyjna. Warto!


Następnie mamy kilka pielęgnacyjnych produktów, które pomagają mi dbać o ciało i skórę.

Gillette for Women, Satin Care, With a touch of Olay- żel do golenia. O tym, że uwielbiam te żele już wiecie, ale ten mam po raz pierwszy i powiem Wam, że pobił swoich braci. Skóra po nim nie jest wysuszona, wygląda cudnie, maszynka sunie po nim z łatwością, a żel jest wydajny i bardzo treściwy w swej formule. Polecam Wam gorąco! Cena- 10-15zł, zależy od promocji.


Fm Group- Nail Lacquer Drying Spray- 50 ml- spray przyspieszający wysychanie lakieru. Koszt- około 20 zł. Swoje zadanie spełnia w 100%. Jest niezastąpiony, jeśli chcemy szybko wyjść gdzieś niedługo po pomalowaniu paznokci u stóp, bądź u rąk, unikając zniszczenia lakieru i pobrudzenia wszystkiego wokół nas! Niestety- ma dość oleistą konsystencję, więc radzę zaczekać aż troszkę wyparuje, bądź zetrzeć ją delikatnie ręcznikiem papierowym gdy paznokcie już przeschną. Niemniej jednak, olejek za to pięknie nawilża skórki wokół płytki paznokciowej. Rozprowadza się przyjemnie, gdyż spryskuje się nim paznokcie za pomocą atomizera. Podsumowując- wszystko ma swoje plusy i minusy, ale z racji wypełniania swojego głównego założenia- polecam!


Wellness & Beauty Handlotion- Mandel Milch &Bambus-Extrakt- Lotion do rąk z mleczkiem migdałowym i ekstraktem z bambusa. Ogólnie na lato preferuję lżejsze konsystencje, niż jesienią i zimą. Powodem tego był wybór kremu do rąk w formie mleczka. Ogólnie mój wybór okazał się strzałem w dyszkę, gdyż nie dość, że kremik jest lekutki, przyjemny, szybko się wchłania i nadaje skórze jedwabistości, to jeszcze pachnie przecudownie! Polecam! Cena na promocji to niecałe 10 zł, bez promocji około 13 zł.


L’oreal Elseve- Magiczna Moc Olejków- Eliksir odbudowujący, unikalne połączenie 6 olejków kwiatowych- jako, że jest to kolejny produkt z olejami to ogłaszam, że sezon wiosna-lato w mojej kosmetyczce powinien nosić miano „weź mnie olej! Olejkami :D”. Końcówki włosów traktuję olejami już jakiś czas, a z racji tego, że nie chcę ich do niczego przyzwyczajać to zmieniam je regularnie wraz ze zużyciem. Ten gagatek ma kilka plusów: dobrze się rozprowadza, jest w miarę wydajny, ma bogatą formułę, pompka działa niezawodnie, a opakowanie pokazuje ile jeszcze czasu się nim pocieszymy. Niestety, ma on jedną, WIELKĄ wadę. Śmierdzi jak diabli! Uprzedzam- nie jest dla osób o wrażliwym nosie. Mój jakoś jest w stanie to przeżyć, gdyż zapach wyparowuje po jakimś czasie, ale w momencie nakładania… UGH! Poza tym jego cena jest dosyć wysoka. Ok. 25 zł. Niemniej jednak, efekty daje ładne i „namacalne” :D.


Dove- Silk Glow- moistruising shower gel- żel pod prysznic nawilżający- CU-DEŃ-KO! Bogata formuła, kremowa, aksamitna konsystencja, przecudowny zapach i uczucie miękkiego i dopieszczonego ciała po wyjściu z łazienki- bajka! O cenie nie wspomnę, gdyż to był urodzinowo- imieninowy prezent (dzięki Aguś! ). Dodam, że jest wydajny, bardzo mała ilość zamienia się w treściwą, kremową pianę. Ogólnie serdecznie polecam! Dove jak dla mnie rządzi jeśli chodzi o produkty prysznicowo- kąpielowe! 


Tam- pa- ram- pam! Dobrnęliśmy do końca! :) Gratuluję tym, którzy wytrwali do ostatniej literki i czytają w tym momencie kilka słów, które muszę dodać w tym momencie. Mianowicie- serdecznie dziękuję wszystkim, którzy czytają tego bloga i w jakiś sposób się inspirują, bądź korzystają z moich porad! To cudowne uczucie wiedzieć, że jesteście ze mną! Ponadto zachęcam Was do komentowania i proponowania, co chcielibyście zobaczyć na blogu, o czym macie ochotę się dowiedzieć? Będę zaszczycona mogąc Wam odpowiedzieć. ;)
A tymczasem- trzymajcie się moi drodzy! Pozdrawiam Was wakacyjnie! Tak właśnie spędzałam niedawno czas w pewnej cudownej i urokliwej zatoce
Do następnego! :)

Wasza Brownie :)